Wszyscy wtajemniczeni pewnie już i tak wiedzą, w jakież to niezwykłe sytuacje w ciągu minionego miesiąca obfitowało moje skromne życie. A właściwie rzecz ujmując: wokół jakiego paskudnego wydarzenia kręciło się ono wciąż i wciąż; o czym to w kółko myślałam, mówiłam, co śniło mi się nieustannie po nocach, prześladowało mnie również na jawie, słowem: wypełniło listopad po brzegi.

Nadszedł czas podsumowań, ponieważ cała sprawa dręczy mnie przeogromnie i nie byłabym w stanie zwyczajnie przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego, ni też bez żadnego komentarza na powrót wrócić do dawnego trybu życia, jak gdyby nigdy nic. Absolutnie nie dlatego, że omawiane zdarzenie miało tak wiekopomny charakter tudzież w jakiś znaczący sposób faktycznie odmieniło czyjkolwiek los. Nic z tych rzeczy. Po prostu odczuwam przyziemną potrzebę, żeby to wszystko, co mię spotkało, potocznie mówiąc „odreagować”.

Oficjalny koniec rzeczonych wydarzeń nastąpił w ostatnią sobotę miesiąca. Podkreślam, iż koniec był oficjalny i spieszę z tłumaczeniami, jakie ma to znaczenie i jak w ogóle odnosi się do rzeczywistości. Mianowicie: oficjalny koniec ma to do siebie, że po jego ogłoszeniu wydarzenia toczą się dalej niezmienionym trybem. Wciąż jest jedna wielka za przeproszeniem rozpierducha, wciąż nikt nie może się ogarnąć, bałagan panoszy się w najlepsze, kurz brud syf i malaria. Pierwsze Uprzątnięcie ma więc wyłącznie znaczenie symboliczne, bowiem nie da się tak od razu opanować rozgardiaszu. Później następują kolejne Uprzątnięcia, przeplatające się z czynieniem bałaganu od nowa. Stopniowo ma to miejsce coraz rzadziej, aż wreszcie uda się osiągnąć stan Permanentnego Uprzątnięcia, co będzie oznaczało ostateczny i faktyczny Koniec. Gorzej, jeżeli komuś pomylą się cykle i trafi w fazę permanentnego bałaganu – wtedy upragniony koniec nie nastąpi już nigdy = wyrazy współczucia.

Poza tym, cóż mogę rzec więcej. Ci, którzy pierwsi służą radą, najmniej mają przydatnych rzeczy do powiedzenia, nie wspominając już o tym, iż w praktyce jako ostatni rwą się do pomocy. A w telegraficznym skrócie zmierzając do końca: kłótnie, kłótnie, sprzeczki, kłótnie, spory, nerwy, nerwy, nerwy, kłótnie, nerwy, spory. I rozbudzona nienawiść do puree z paczki.

I żeby zakończyć już te przykre dywagacje – myśl, którą podzieliła się ze mną osoba doświadczona i zaprawiona w bojach: remonty są chyba pierwszą przyczyną rozwodów. Pragnę podpisać się pod tym stwierdzeniem. I żądam rozwodu.